Lifestyle

Kastracja oczami amatora

I stało się… zostałam właścicielką wałacha. Jeszcze przed godziną był ogierem, a tu nagle ciach – jest wałach. Wiele godzin zastanawiałam się nad słusznością pomysłu, rozważałam plusy i minusy zabiegu. Po kilku miesiącach niespiesznie podjęłam decyzję – jak się teraz okazuje – słuszną. Z perspektywy czasu uważam, że był to bardzo dobry krok. Mając na względzie dobro zarówno konia, moje, jak i osób trzecich, zdecydowałam się na kastrację ogiera.

P7010029.JPGZ racji całkowitego braku doświadczenia w tym temacie, przewertowałam całą dostępną mi literaturę, przeczytałam mnóstwo artykułów zarówno w Internecie, jak i prasie fachowej, od znajomych koniarzy próbowałam dowiedzieć jak najwięcej. Jednak, jak się okazuje, nic nie zastąpi wiedzy, którą zdobywa się bezpośrednio w czasie zabiegu. Po telefonicznym uzgodnieniu terminu z weterynarzem, zabrałam się do przygotowywania zarówno konia do kastracji oraz miejsca, gdzie miałaby się ona odbyć. Ponieważ ogier był całkowicie w stanie surowym, mnóstwo energii i wysiłku kosztowała mnie nauka lonżowania . Wielkim błędem okazało się nie inwestowanie w „edukację” pupila, o czym moje mięśnie mogły się wielokrotnie przekonać. W takim przypadku systematyczność i konsekwencja, jest jednym dobrym rozwiązaniem. Z powodu opadów śniegu, kastracja nie mogła odbyć się pod gołym niebem. Na miejsce zabiegu wybrałam stodołę, gdzie w związku z wielkim apetytem koni, ubyło siana na tyle, by mogła służyć za salę operacyjną.  Brak betonowej posadzki okazał się bez znaczenia dla operacji, jednak dla czystości mojego sumienia był bezcenny.

Pierwsze kroki po przyjeździe weterynarz skierował do pacjenta. Skontrolował wzrokiem jego stan fizyczny, wielkość i masę, a następnie udał się na „salę operacyjną”. Przygotował miejsce pracy, po czym wrócił do konia, by zrobić mu zastrzyk z „głupiego Jasia”. Nie minęło 5 minut, jak środek zaczął  działać.  Przygotowania trwały – kolejne iniekcje przeciwbólowe zostały podane, sprzęt skompletowany. Gdy nadszedł czas, weterynarz zabrał się za swoje obowiązki. Z racji przeprowadzenia kastracji na stojąco elementem, na który lekarz zwracał szczególną uwagę, było bezpieczeństwo. Przy wykonywaniu cięć zawsze ostrzegał przed ewentualnym nagłym ruchem otumanionego konia. Jak wytłumaczył lekarz po skończonej pracy, nie ma możliwości,  by znieczulić jednakowo wszystkie miejsca. Jak się później okazało, ogier był bardzo dobrze przygotowany do zabiegu, żadna niebezpieczna i niespodziewana sytuacja nie miała miejsca . Wszystko przebiegało sprawnie i bez komplikacji. Koń stracił mało krwi, zaciski na kanałach były pozostawione na tak długo, by mieć pewność, że zostały skutecznie zmiażdżone. Ogon, obowiązkowo związany, nie przeszkadzał w zabiegu. Po ok. pół godziny koń wracał do normalnego stanu, znieczulenie przestawało działać, w zamian powracał dobry humor pupila. Rany nie zostały zaszyte, ułatwiło to swobodne gojenie się, dzięki swobodnemu odpływowi krwi.

P7010051.JPGPo zabiegu wałach został odprowadzony do boksu. Przy pożegnaniu fachowe oko skontrolowało sytuację, weterynarz zostawił antybiotyki do podania w 24 i 48 godz. po zabiegu. W dniu kastracji koń dla odpoczynku pozostał w boksie. Przez następne kolejne dni był pobudzany do aktywności ruchowej poprzez częste lonżowanie. Ponadto całe dnie spędzał na pastwisku. Ciągły ruch miał zapobiec ewentualnemu obrzękowi. Trzymając się zaleceń lekarza pracowałam z koniem. Opuchlizna przez pierwsze dni nie pojawiła się. Rana goiła się ładnie, cięcia nie podkrwawiały. Obrzęk pojawił się w piątym dniu po kastracji. Jednak zwiększona dawka ruchu spowodowała poprawę. W przypadku posiadania małej liczby koni, nie planowania krycia danym ogierem, niedostateczna baza pastwiskowa czy  zbyt problemowe zachowanie konia są wskazaniami do kastracji. Z mojego punktu widzenia była to słuszna decyzja. Lekarz okazał się być profesjonalistą, dzięki czemu zabieg przebiegał sprawnie i zakończył się sukcesem, przez co już za ok. miesiąc będę mogła połączyć wałacha z resztą stada. Myślę, że sprawie tym największą przyjemność czworonożnemu pacjentowi. Nie ma nic piękniejszego na świecie, jak szczęście, a jestem pewna, ze dawny ogier będzie teraz wniebowzięty mogąc brykać z resztą stada.

autor: Kellerzanka

Komentarze

Prześlij nam newsa