Lifestyle

„Nazbierało się różnych intencji, (…) więc wskoczyłem na konia i pojechałem”

"Nazbierało się różnych intencji, (…) więc wskoczyłem na konia i pojechałem" 
Rozmowa z jeźdźcem – pielgrzymem, Mateuszem Adamczykiem.
 
   Przeglądając lokalną prasę natrafiłam na wywiad z sołtysem kaszubskiej wsi Sławki, który przeżył niesamowitą wyprawę. Odbył pielgrzymkę do Częstochowy. A co w tym niezwykłego? Całą drogę przebył konno. Postanowiłam osobiście zadać mu kilka pytań. Mateusz Adamczyk, bo o nim mowa, znalazł czas na spotkanie, mimo swojego napiętego planu dnia. Była to wspaniała wizyta z tradycyjną kaszubską gościnnością, a szczegóły rozmowy możecie poznać poniżej.
 
DSC_0014a.jpgZ pewnością jest to najczęściej zadawane pytanie – skąd pomysł na konną pielgrzymkę do Częstochowy?
– Odbyłem kiedyś pieszą pielgrzymkę i nie był to dla mnie trudny odcinek, więc pomyślałem, że może spróbuję konno. W przeciągu czasu nazbierało się różnych intencji, stwierdziłem, że trzeba porozmawiać z Matką Bożą, więc wskoczyłem na konia i pojechałem.
 
Jak długo Pan jechał?
– Wyjechałem 3 sierpnia, a dojechałem akurat na odpust, czyli 15. Spędziłem całe 12 dni w siodle.
 
Jak wyglądały przygotowania?
– Chciałem kupić nowy sprzęt, nowe siodło, ale zabrakło na to czasu. Ostatecznie pojechałem na sprzęcie używanym i sprawdzonym. Nie było specjalnych przygotowań.
 
Kondycyjnych konia i swoich też nie? Trenujecie regularnie?
 – Z ćwiczeniami jest różnie, bo praca pochłania większość mojego czasu, ale czasami wieczorem można mnie zobaczyć na koniu w okolicy. Wiem, że stanowczo było tego za mało i na tak duży dystans mogłem się lepiej przygotować. 
 
Jakie trudności napotkał Pan na swojej drodze?
– Najciekawsze były przejazdy mostami przez duże rzeki. Wisłę pokonywałem dwukrotnie – w Świeciu i Toruniu. Mosty długości 1,5 km, duży ruch samochodowy i bardzo mało miejsca dla pieszych.  Do tego rozpędzone ciężarówki i kierowcy bez wyobraźni. Starałem się jak najrzadziej jechać takimi ruchliwymi trasami, dlatego często nadrabiałem kilometrów. 
 
To jak Pan sprawdzał trasę przed wyjazdem?
– Nie sprawdzałem. Z miejsca, do którego dojechałem, starałem się jak najprościej dotrzeć na południe. Tak, aby do Częstochowy pokonać najkrótszą trasę.
 
1.jpgCzy przejeżdżał Pan przez duże miasta?
– Przez Toruń, Chełmno, Świecie. Jednak najtrudniejsze było pokonanie autostrady A2.  Co prawda przejeżdżałem wiaduktem nad tą drogą, ale nie bez problemów. Gdy byłem na górze, wjeżdżające z impetem auto spłoszyło mi konia, który na nowej nawierzchni pośliznął się dwukrotnie. Co prawda mi się nic nie stało, ale koń niestety trochę się podrapał. Nawet kierowca innego auta zatrzymał się sprawdzić, czy wszystko w porządku. Koń był naprawdę doświadczony i obyty z ruchem, ale samochody pędziły tam z taką prędkością, że była to dla niego niezła niespodzianka. Natomiast jak dojeżdżałem do Częstochowy, było tam pełno ludzi, innych pielgrzymów, między którymi musiałem się przeciskać.  
 
Co wspomina Pan z trasy najlepiej?
– Ludzi, którzy bez słowa przygarniali mnie z otwartymi ramionami. Pytali tylko, dlaczego samotnie podjąłem się takiego przedsięwzięcia. Nie potrafiłem im tego wytłumaczyć. Kiedyś pytałem kolegów, czy jadą ze mną. Odpowiadali, że to za daleko, za długo, że nie dadzą rady. Oczywiście w każdej wiosce, w której szukałem noclegu, pytałem najpierw, czy są gdzieś konie, żeby mojemu zapewnić spokojną noc. 
 
Czyli noclegi, tak jak trasa, były spontaniczne?
– Tak, bez rezerwacji, bez planów. 
 
Czy gospodarze wypytywali o szczegóły?
– Oczywiście. Opowiadałem o wyprawie i wszystkich zaprosiłem do siebie. Mam nadzieję, że kiedyś przyjadą, ale wiadomo jak to jest – im dalej, tym trudniej dojechać. Niektórzy zaprosili mnie już na przyszły rok, jakbym przypadkiem znowu tamtędy jechał. 
 
Miło się to wspomina.
– Zdecydowanie tak. Bardzo dobrze wspominam Stadninę Czołowo, gdzie przyjęli mnie niesamowicie otwarci i sympatyczni ludzie. Przygarnęli mnie – obcego faceta na koniu – bez żadnego „ale”. Człowiek, który konno wybiera się w Polskę, zawsze znajdzie schronienie u ludzi, którzy mają i kochają konie. 
 
To rzadko spotykane w obecnych czasach. 
– Przyznam szczerze, że w stosunku do obcych ludzi jestem bardzo ufny, otwarty i potrafię łatwo nawiązać kontakt.  Myślę, że bardzo mi to pomogło. Oczywiście były takie sytuacje, że ludzie mi odmawiali, bo np. nie mają miejsca dla konia, ale zaraz wskazywali drogę do najbliższej stajni. Miałem miłą sytuację podczas jednego z popasów. Siedziałem przy drodze, koń się pasł, gdy zatrzymał się obok gospodarz w ciągniku. Spytał co ja tu robię, a gdy odpowiedziałem, że jadę to Częstochowy, zaprosił mnie na obiad i nakarmił również konia. 
 
A jak koń zniósł taką długą trasę? 
– Starałem się robić popas co 25 km. Taka 1-1,5 godzinna przerwa, żeby koń mógł spokojnie odpocząć. Potem jechałem przez kolejne 15 km, kolejna przerwa, ale krótsza i potem poszukiwanie noclegu. Robiłem dziennie około 50 km, miałem ustaloną taką dniówkę. Pierwszych dwóch dni, czyli 100 km, koń w ogóle nie odczuł. Ale trzeciego i czwartego dnia widać było zmęczenie. W momencie największego kryzysu spotkałem człowieka, doświadczonego miłośnika koni, który potrafił mi pomóc i doradzić, co zrobić. Przekazał mi tajniki swojej wiedzy zdobywanej przez lata, dzięki czemu następnego dnia ruszyłem dalej jak nowy. Myślę, że gdybym wtedy nie trafił właśnie tam, mógłbym mieć problemy z dalszą podróżą. 
 
Czego najbardziej Panu brakowało w podróży?
– Uważam, że byłem pielgrzymem, a jemu raczej nic się nie należy, nie powinien liczyć na ułatwienia. Spotkała mnie niesamowita dobroć ludzi i dlatego myślę, że niczego mi nie brakowało. 
 
DSC_0025a.jpgTo co zabrał Pan ze sobą z domu?
– Przyznam, że wyjechałem z jedną kanapką w sakwie. Starałem się zabrać jak najmniej, żeby nie obciążać konia. Wziąłem bluzę polarową, jedną koszulkę z długim rękawem i t-shirt. Całe 12 dni jechałem w jednych spodniach i w tych samych butach. Do tego śpiwór, namiot, ręcznik z mikrofibry, polowe wiadro do karmienia konia i wojskową pałatkę przeciwdeszczową, ale wychodziłem z założenia, że skoro na pielgrzymie zmokło, to na pielgrzymie wyschnie. Potrafiłem nawet 3-4 razy w ciągu dnia zmoknąć i wyschnąć.
 
Jak wyglądał sam pobyt w Częstochowie?
– Na samą Częstochowę miałem mało czasu, bo umówiłem się z bratem, że przyjedzie po mnie i po konia. Zdążyłem wjechać na Jasną Górę, zrobić dwa zdjęcia na pamiątkę i już musiałem wracać. Gdyby jednak brat na mnie nie czekał, pomodliłbym się, wsiadł znowu na konia i pojechałbym w góry. Nie czułem się wyczerpany, koń też i mieliśmy siły na dalszą podróż. Całą trasę pokonałem stępem. Kiedy puszczałem konia na czas noclegu na padok, to on brykał i galopował, więc czuł się dobrze.  
 
A jak przyjęli was ludzie w samej Częstochowie?
– Byli zdziwieni. Niektórzy pytali, co ja tu robię, czemu jestem na koniu. Pytałem innych pielgrzymów ile pokonali kilometrów. Odpowiadali 200, 300. Ale jak mówiłem, że ja przejechałem prawie 600, to się otwierali i zagadywali. Z drugiej strony byli zszokowani, że udało mi się pokonać taką trasę na koniu i to w tych czasach – przy tak wzmożonym ruchu. 
 
Jak powitano Pana po powrocie do domu?
– Wszyscy mi gratulowali, że udało mi się to osiągnąć. Kiedy kilka dni przed wyjazdem prosiłem ludzi, żeby trzymali kciuki i się za mnie modlili, to nie dowierzali. Nie tyle samej pielgrzymki, co tego, że biorę sobie na głowę też konia, o którego muszę również dbać. 
 
Podkowy się starły? 
– Oj tak, bardzo. Przed wyjazdem zmodyfikowaliśmy podkowy mocując do nich specjalny pręt o grubości 14 mm, żeby koń stał wyżej. Kiedy dojechałem do Częstochowy tego pręta już nie było, a podkowy były do połowy zużyte. Zaznaczam, że starałem się jechać po polnych drogach, jak najmniej asfaltem, a jak już musiałem, to poboczem po trawie czy piasku.
 
4.jpgA może coś o koniu?
– Nazywa się Fajt i pochodzi z okolic Starogardu Gdańskiego. Jest krzyżówką fryza z polskim koniem szlachetnej półkrwi. Kupiłem go w marcu i właściwie nie miałem czasu dobrze go poznać. Zakładałem, że pojadę na moim ulubionym rumaku, ogierze Negro. Jednak na czas pielgrzymki został kontuzjowany i wybrałem właśnie Fajta. Na trasie ludzie dziwili się, że jadę na takim koniu, a nie np. na arabie, które są najbardziej wytrzymałe. Dlatego niedawno kupiłem młodą klacz czystej krwi arabskiej, którą przygotuję sobie właśnie na podobne wyprawy. 
 
Tyle kilometrów, ograniczony bagaż – jak wyglądała dieta Fajta?
– To był fenomen. Spotkałem człowieka, który powiedział, że w tej okolicy, w całych dwóch gminach nie ma ani jednego konia. Co w takim razie będzie jadł Fajt? Okazało się, że gospodarze, u których spałem, mają tylko żyto. Z doświadczenia wiedziałem, że żyto dla koni nie jest rewelacyjne, ale nic innego nie było. Fajt zjadł wszystko z apetytem, bez żadnych skutków ubocznych. Dieta konia była bardzo zróżnicowana, dlatego podziwiam jego wytrwałość i przystosowanie. Koledzy zwracali moją uwagę na wodę, którą koń pije. Woda z różnych źródeł może powodować różne komplikacje przewodu pokarmowego. Na szczęście nie miałem tego problemu. Polecili też, żeby nauczyć konia picia z różnych źródeł – wiadra, jeziora, miski, bo nie wiadomo, na co trafię. Miałem taką przygodę, że poprosiłem pewnego gospodarza o wiadro wody, a on wysłał mnie nad jezioro 7 km dalej. Dojechałem tam, ale z każdej strony wejście było zarośnięte trzcinami i nie było dostępu do wody. Następne było kolejnych 12 km dalej. 
 
Planuje Pan w przyszłości kolejne rajdy?
– Nie mam za wiele czasu na myślenie, ale jestem tym typem, który wsiada na konia i jedzie. No, ale myślę, że jeszcze gdzieś się wybiorę. Ostatnio byłem zrobić znajomym bramę weselną.
 
Coś jeszcze chciałby Pan opowiedzieć?
– Chciałbym podziękować wszystkim osobom, które mnie przygarnęły podczas mojej wędrówki. Gdybym nie spotkał się z tą otwartością, marne by były moje szanse. Dlatego przez portal ZABOOKUJ.eu składam najgorętsze podziękowania wszystkim, którzy dali mi schronienie. 
 
Z mojej strony to wszystko. Serdecznie dziękuję za rozmowę.
 
Paulina M.
 
Część zdjęć dzięki uprzejmości Stadniny Koni Czołowo.
Komentarze

Prześlij nam newsa