Lifestyle

„Pamiętaj podkuwaczu młody, nie dopasowuj kopyta do podkowy”

"Pamiętaj podkuwaczu młody, nie dopasowuj kopyta do podkowy"
Postać Waldemara Hildebrandta.
 
DSC_0094.JPG   Jest aktualnym Mistrzem Polski Podkuwaczy, a przez swoich klientów nazywany Najlepszym Podkuwaczem Pomorza. Kocha swoją pracę, mimo że kiedyś nie chciał pracować z końmi. Ciężko było umówić się z nim na rozmowę. Waldemar Hildebrandt, bo o nim mowa, na pytania odpowiedział przy pracy w jednej z pomorskich stajni. 
   Mówi o sobie podkuwacz, a nie kowal. Tłumaczy to tym, że ten pierwszy pracuje tylko ze zwierzętami, a drugi w obróbce metalu. 
Kojarzy nas się z kowalami może dlatego, że mamy taki sprzęt jak oni, mówi. 
   Bardzo ceni pana Antoniego Chłapowskiego, dzięki któremu w 2011 roku oficjalnie został reaktywowany zawód kowala-podkuwacza. Mówi o nim „przyjaciel” i „historyczny człowiek”. Szanuje kowali artystycznych, którzy nie pracują na gotowych elementach tylko ręcznie wykuwają w metalu.  
   Podkuwaczem został w sumie przez przypadek. Jego dziadek, co prawda, był jeźdźcem w wojsku pruskim, a sam mieszkał niedaleko sopockiego hipodromu i spędzał tam większość czasu, ale nie wyobrażał sobie pracy z końmi. Widział wypadki, śmierć, wiedział, że to ciężka praca – to go zniechęcało. Opowiada: 
Życie potoczyło się tak, że trafiłem znowu na hipodrom, gdzie miałem być kierowcą. Pan Andrzej Orłoś szukał wtedy młodych chłopaków na przyuczenie na kowala, bo ówczesny odchodził na emeryturę. Nikt nie chciał się tego podjąć, a ja chyba dlatego, że nie do końca byłem świadomy z czym to się wiąże, zgodziłem się. Pomyślałem, że jak dam radę to czemu nie. To była niesamowita „jazda”. Pan Orłoś mnie uczył i po 3 miesiącach byłem już podkuwaczem na CSIO.
   Uczył się od podstaw, co nie było łatwe. Nie znał techniki, przez co męczył się fizycznie. Jako swoje autorytety wymienia ówczesnych kowali ze Służewca, Białego Boru, Bogusławic. Za swojego największego nauczyciela stawia Rysia Mamajka z wrocławskich Partynic: 
Jest on wspaniały, otwarty, przyjazny i posiada ogromną wiedzę.
4.jpg   Na początku lat 90 XX wieku szkolił się w Niemczech u boku Alberta Feiffera. 
Był to niesamowity człowiek – w ciągu 40 minut kuł konia na 4 nogi na gorąco z dopasowaniem podków. Zięć na niego mówił, że to krejzol. Miał wprawę, technikę i metodę. Nie lubił bezczynnie stać. Koń stoi to trzeba robić i koniec. 
   Twierdzi, że jego zawód opiera się „na małych kruczkach: jak zebrać kopyto, w jakim miejscu więcej, a w jakim mniej, żeby podeszwa ustawiała się prawidłowo w odpowiednim miejscu. To są lata praktyki, techniki i doświadczenia z różnymi końmi i przypadkami”. Na szkoleniach i zjazdach uczy się nowoczesnych rozwiązań, metod i ortopedii. 
My, podkuwacze musimy mieć ogromną wiedzę o końskiej ortopedii i anatomii. Powinniśmy wiedzieć to samo, jak nie więcej niż weterynarz, bo oni są ogólnymi lekarzami, a my jesteśmy specjalistami w swojej dziedzinie. 
   Traktuje wszelkie konkursy i sympozja jako naukę, konfrontację z kolegami po fachu i okazję do spotkania ze znajomymi. 
Fajne jest to, że oceniają nas najlepsi kowale z Europy, ale najważniejsze uwagi pochodzą od naszych kolegów, którzy żartem i trochę ze złośliwością pokazują, jaki jest błąd, ale o to nikt się nie obraża. 
   Aby zostać Mistrzem Polski musiał wywerkować konia na 4 nogi, przygotować go do kucia i okuć na przednie nogi. 
Są to zawody, więc robi się wszystko dokładnie i perfekcyjnie, czyli 2/3 gwoździa musi wyjść, więc trzeba dopasować gwoździe. Zakuwka, która wystaje w podkowie powinna mieć mniej więcej 1 mm, nie może być wystająca, więc ręką nie można jej wyczuć. Nosek musi być wtopiony i też nie może być wyczuwalny. Róg kopytowy nie może być starty, podkowa musi być idealnie dopasowana.
   Zdobyty tytuł traktuje, jako uhonorowanie 23 lat pracy. Nie motywuje go to do lepszej pracy, bo jak mówi „Tutaj trzeba robić najlepiej jak się potrafi”. Zawód podkuwacza zobowiązuje, to styl życia. Nie jest to praca na etat od 8 do 16 i do domu.  
Jeśli koń zgubi podkowę to muszę do niego jechać, jak pogotowie i nie ma znaczenia czy to niedziela, czy święto.
   Miał masę trudnych przypadków. Kuł konia po ochwacie, któremu kość kopytowa przebiła podeszwę kopyta. Udało mu się go uratować i przywrócić do lekkiej pracy. Jako swoje największe osiągnięcie traktuje pracę z wyścigową klaczą pełnej krwi Newada (po Dakota xx). 
Miała jedną nogę sztorcową, a drugą płaską, co powodowało, że biegała tylko w jedną stronę. Została przez to wycofana z wyścigów, a ja dostałem szansę jej leczenia. Kułem ją od października do kwietnia, kiedy to wystartowała w próbnej gonitwie, którą z łatwością wygrała. Potem zaczęły się pierwsze pochwały i pytania, co to za kowal. Byłem z siebie dumny, że doprowadziłem konia do wygranych. Ostatecznie klacz ta wygrała wszystko, co mogła. Tylko na derbach dostała ruję i pobiegła za ogierem, ale nic nie można było zrobić – wspomina z uśmiechem. 
2.jpg   Byli ludzie, którzy oferowali mu potrójną pensję za wbicie jednego gwoździa wyżej niż trzeba. W tym czasie dostał zawodową lekcję od życia:
 Wtedy przyjechał Mazur, uznany kowal z Warszawy, który obserwował moją pracę. Podczas kucia od samego początku mówił, że gwóźdź nie wyjdzie, a ja dalej robiłem swoje. Okazało się, że nie wyszedł. Drugi też nie. Dał mi kilka istotnych wskazówek, które wziąłem sobie do serca i nabrałem pokory oraz szacunku do tej pracy.
   Wspomina też Czejena, który pod Magdą Cybulską zdobył Mistrzostwo Polski koni 4-letnich. Jako jedyny ze wszystkich uzyskał maksymalną ilość punktów na płycie, co było skutkiem jego kucia. 
   Najbardziej jest z siebie dumny, kiedy dzięki jego pracy koń wraca do formy. Mówi tak opowiadając o 23-letnim Diamencie po ochwacie chemicznym. 
Był tak nerwowy na punkcie przybijania gwoździ, że czas pierwszego kucia wydłużył się z 30 minut do 5 godzin. Po 7 miesiącach ten koń sam podawał mi nogi, kiedy podchodziłem, a kułem go w 20 minut.
   Czasem odmawia usługi, ale ze względu na dobro konia. Jeśli właściciel jest niezadowolony w kwestii finansowej lub przez jego sugestie np. wezwania weterynarza. 
Odmawiam wtedy usługi po to, żeby musieli wezwać tego lekarza. Nigdy nie odmówiłem ze względu na konia, bo on nie odpowiada za czyny człowieka. 
   Uważa, że dobrego kowala poznaje się po podejściu do koni. Trzeba znać trzy podstawowe zachowania koni: jak się przestraszy to ucieka, a jak nie może uciec do kopie albo gryzie. Więc jak koń kopie to znaczy, że się czegoś boi, a nie, że nie lubi człowieka. Trzeba sprawdzić, dlaczego tak się dzieje.
Zasada jest taka, że jeśli się lubi i szanuje te zwierzęta to będzie się im dobrze robiło kopyta.
   Miał kilku uczniów w swojej karierze, ale zostało dwóch: Paweł Lesner i Mateusz Szczęsny. Podobno są dobrym „materiałem” na podkuwaczy. 
Żeby zostać podkuwaczem trzeba mieć ogromną siłę woli i przezwyciężyć swój strach. To musi być łagodny człowiek z ADHD.
9.jpg   Zdarzało się, że uczniowie pokonali swojego mistrza w konkursie. On jednak traktuje to jako dowód dobrej nauki, a nie powód do zmartwienia. 
Najważniejsze, czego uczę chłopaków to to, że nie robi się tego dla pieniędzy. Jeśli robi się swoją robotę dobrze, to pieniądze same przyjdą.
   Wraz z nimi ma konto na facebook’u „Najlepsi podkuwacze Pomorza”. Traktuje to w pewnym sensie, jako metodę promocji, ale nie on jest pomysłodawcą.
Jeździmy do koni w stajni w Czarnej Hucie i luzaczka stamtąd postanowiła zrobić dla nas coś takiego. Dla mnie jest to wesołe i sympatyczne, bo lubię swoją pracę. Jednak w naszym świecie końskim zawsze znajdzie się ktoś, komu się nic nie podoba, ale nie zwracamy na to uwagi i robimy swoje dalej. 
   Nie obywało się bez wypadków. Z poważniejszych to zmiażdżone śródstopie i połamane śródręcze. Dopiero przy okazji tego drugiego zdarzenia, dzięki zdjęciu RTG dowiedział się, że kości dłoni miał już wielokrotnie pęknięte – skutek uderzania młotkiem, które zdarza się często. Kopnięć i ugryzień nie liczy, bo są wpisane w ten zawód. 
   Ma swoje sposoby na trudne konie. W ogóle nie używa dutki. Tylko w kilku przypadkach zdarzyło się, że podał Sedalin lub bardziej Domosedan, ale zdecydowanie uważa, że od tego jest weterynarz i to on powinien podawać wszelkie leki. 
   Nie rozumie ludzi, którzy robią dziennie więcej niż 10 koni. Jest to niemożliwe fizycznie. 
Średnio kujemy konia 1,5 godziny, więc jak dobrze stoją możemy podkuć 8-10 koni. Oczywiście we dwóch, bo samemu 6 koni to jest max.
To ilu Pan ma klientów?
Nie pamiętam. Jeżdżę do wielu mniejszych i większych stajni, między innymi Koń-AK, Otomin, u Bachów, Czarna Huta, Owczarnia, do Gillmetu.  
Tylko tu na Pomorzu, czy wyjeżdża Pan gdzieś dalej?
Jeżdżę sporadycznie, jeśli są trudniejsze przypadki czy kucia ortopedyczne. W innych sprawach deleguję Mateusza albo Pawła. Nie chcę jeździć do ludzi, którzy chcą sprowadzić kowala nie wiadomo skąd tylko po to, żeby pokazać dotychczasowemu, że jest gorszy. Za chwilę ja mogę być tym złym.
   Nie ma czasu wolnego na hobby i relaks. Podkreśla, że kobieta kowala musi być bardzo wyrozumiała i rozumieć jego pracę, która jest jednocześnie pasją.
Bardzo lubiłem łowić ryby, bo wtedy się odcinałem i zapominałem o wszystkim. Teraz postanowiłem, że soboty i niedziele poświęcam rodzinie. Można sobie wyobrazić – zaczynamy pracę o 7-8 rano, a kończymy 20-21 i jak się przyjeżdża do domu to naprawdę mało się chce. Szczególnie ze świadomością, że jutro jest to samo. Życie towarzyskie odbywa się w stajni przy okazji pracy.
   Dłuższy czas zastanawia się, czego można mu życzyć. „Zdrowego kręgosłupa” – pada z głębi stajni. Z uśmiechem przyjmuje życzenia wszystkiego najlepszego i zabiera się do pracy. 
 
Paulina M.
Komentarze

Prześlij nam newsa