Lifestyle

Moje spełnione marzenie, czyli laik bierze konia ….

Moje spełnione marzenie, czyli laik bierze konia …. 
 
Kloda-1.jpgJako dziecko zawsze marzyłam żeby jeździć konno i mieć swojego konia. Spędzając wakacje u rodziny na wsi zawsze wsiadałam na wszystkie możliwe konie i byłam pierwsza chętną do jeżdżenia wozem. Przyszedł czas liceum i studiów i zabrakło czasu na konie. Dopiero, gdy stuknęła mi magiczna liczba 30-tu wiosen i zaczęłam myśleć o tym, że czas zacząć się ruszać i popracować nad swoja kondycją. Jako że nigdy nie miałam zapędów do chodzenia na siłownię czy biegania wybrałam jazdę konną. Na pierwsze lekcje po latach przerwy poszłam do pobliskiej szkółki i zaczęłam spełniać swoje dziecięce marzenia. Niestety po kilku miesiącach ze względów zdrowotnych musiałam zrezygnować na jakiś czas z hippiki. Po prawie pół roku otworzyłam skrzynkę mailową i przeczytałam tytuł wiadomości „przekaż 1% swojego podatku na konie”. Był to mail wysłany w ramach akcji jednej z fundacji ratujących konie. Zaczęłam przeglądać stronę fundacji i trafiłam na zakładkę „Konie do adopcji stacjonarnej”, którą od razu zaczęłam przeglądać. Kilkanaście zdjęć koni i ich historie, niektóre bardzo długie i smutne, niektóre bardzo krótkie zdawkowe. I już wtedy wiedziałam, że któryś z nich będzie mój. Zdjęcie gniadego konia i krótki opis: 4-letnia klacz po karierze wyścigowej… Następnego dnia zadzwoniłam do fundacji z pytaniem jak mam załatwić sprawy związane z adopcją konia. Zaczęłam też szukać informacji o koniu, którego wybrałam, okazała się kasztanowata, a nie gniada i była przepiękna… W niedzielę dopięłam wszystkie sprawy w stajni i w fundacji, zostało mi tylko czekanie na przyjazd wymarzonego zwierzaka. Koń przyjechał po 5 dniach – 10 lutego 2012 roku. Cieszyłam się jak dziecko, nie mogłam doczekać się przyjazdu konia z fundacji.  Koń przyjechał tak jak było umówione, w piątek o 13. Gdy otworzyliśmy trailer stała w nim mała ruda kobyłka w dużej niebieskiej derce.  Tak zaczęła się moja przygoda z moim koniem…
 
Kloda-3.jpgJuż nastepnego dnia po przyjeździe konia, pielgrzymkach rodziny i znajomych chciałam już na nią wsiaść, ale z drugiej strony był strach, co ona zrobi, jak się będzie zachowywała (zapomiałam dodać, ze przed przyjazdem konia nie pojechaąłm jej zobaczyć czy spróbować jaka jest pod siodłem) i jeszcze ta myśl, że to koń „po torze”, czyli dla większości osób wariat lecący dzikim galopem do przodu.
 
Z pierwszą jazda poczekałam do poniedziałku. Najpierw razem z instruktorką wziełyśmy ją na lonżę, żeby sprawdzić jak się będzie zachowywała, na szczeście była bardzo grzeczna. Pierwsza wsiadła Pani trener i koń był naprawdę grzeczny, tylko wsiadanie odbywało się w biegu, bo Chuda nie wiedziała, że jak człowiek wsiada koń stoi. I tak zaczeło się jeżdżenie na mojej rudej folblutce. Biorąc konia, myślałam, że mam wystarczające umiejętnosci, żeby samodzielnie zająć się koniem, oj jak mylne było to wrażenie. Kobyłka szybko pokazała mi, że nie jest szkółkowym tuptusiem, tylko młodym koniem którego trzeba nauczyć wielu rzeczy, nawet tych najprostszych jak stanie przy wsiadaniu, a kończąc na uczeniu jej, że już nie musi gnać tylko do przodu jak na Służewieckim torze. 
Zaczęłam szukać odpowiedniego trenera, który pomoże mi w pracy z moim rudym kopytnym szczęściem, pokaże jak mam ją uspokajać i jak z nią pracować, żeby w końcu stała się miłym koniem dla mnie. Nie ukrywam, że tych osób było kilka i każda z nich pomogła mi w pracy z koniem i pomogła mi poprawić moje błędy i złe nawyki, które powstały z mojej własnej niewiedzy. Od tych osób nauczyąłm się, że folblut to delikatny koń, bardzo mądry, lubiący pracować. Na treningach nie zawsze wszystko wychodziło i nadal nie wychodzi perfekcyjnie. 
Kloda-4.jpgDzięki jednej z trenerek pojechałam na swoje pierwsze zawody, które były dla mnie gorszym egzaminem i stresem, wiekszym niż egzamin na prawo jazdy, ale też bardzo dużym nowym doświadczeniem. Przez te prawie dwa lata posiadania konia były też sytuacje trudne, jak choroby konia, nocne siedzenie w stajni i chodzenie z kolkującym koniem.
Posiadanie konia to również nowe znajomości. Gwarantuję, że z momentem nabycia konia, w 90% zmienia się grono znajomych, na koniarzy. Zmieniają się główne tamatry rozmów – na końskie, tak tak, nawet temat dzieci nie jest tak istotny, jak temat co zrobił dziś mój koń. Zmienia się miejsce wspólnych spotkań – z klubów, restauracji, na stajenną siodlarnię lub „domówkę” u któregoś z koniarzy. Zmienia się również styl ubierania, ja z niebotycznych szpilek i sukienek, wskoczylam w oficerki i bryczesy (dobrze, że teraz są modne), a zawsze rozpuszczone włosy spiełam w koński ogon. 
Patrząc na ostatnie dwa lata swojego życia, z ręką na sercu mogę powiedzieć, że biorąc konia byłam laikiem, chociaż byłam pewna, że wiem o tych zwierzętach prawie wszystko. Dobrze, że w pierwszej stajni trafilam na osoby, które zrobiły mi przyspieszony kurs nauki wszystkiego co dotyczy opieki nad koniem. Pokazały na co zwrócić uwagę przy kupnie sprzętu, wyborze kowala, pasz, lekarza weterynarii i jestem im za to bardzo wdzięczna. Na dzień dzisiejszy dla mnie konie to nie tylko hobby ale styl życia. 
A tych wszystkich, którym się wydaje, że posiadanie konia to tylko przyjemności, niestety muszę zasmucić i muszą oni zmienić światopogląd. Koń oprócz jazdy, to przede wszystkim obowiązek i wydatki. Na początek, trzeba kupić podstawowy sprzęt – tranzelkę, siodło, szczotki do czyszczenia, czaprak, suplementy, witaminy, smar do kopyt, preparat do czyszczenia sprzętu. Dochodzą wydatki na trenera, kowala i weterynarza, – niestety końskie zdrowie to mit. Niemniej jednak te wszystkie zajęcia, te fajne i te gorsze chwile, dają niesamowitą satysfakcję, radość i chęć do dalszej pracy, bo jak mówi stare przysłowie „największe szczęście na świecie na końskim leży grzbiecie”. 
 
A.W.
Komentarze

Prześlij nam newsa