Lifestyle

Hubertus oczami lisa

Hubertus oczami lisa

1a.jpgHubertus – święto jeźdźców i myśliwych przypada 3 listopada w dniu imienin Św. Huberta. Wiele stajni ze względu na warunki pogodowe organizuje Hubertusa w październiku. Wiadomo w listopadzie czasem leży już pierwszy śnieg.
Z roku na rok spędzamy Hubertusa w różnych miejscach zapraszani przez  znajomych. W tym roku postanowiliśmy zorganizować go sami w Stajni Herod. Wraz z właścicielami wyznaczyliśmy datę na sobotę 25 października i zabraliśmy się do działania.  Na organizację mieliśmy dwa tygodnie. Początkowo trzeba było ustalić najważniejszą kwietię – kto będzie lisem? Odpowiedź była prosta, ten kto pojedzie na najszybszym koniu w stajni. Rzuciliśmy monetą i padło na mnie. W zasadzie, jak na prawdziwego Hubertusa przystało, ten kto złapał kiedyś lisa powinien też i uciekać.  W swojej karierze jeździeckiej, uczestniczyłam w wielu tego typu imprezach i raz udało mi się zwyciężyć, tak więc kitę miałam 🙂
Plan imprezy, plakat, floo, ilość uczestników, rozdysponowanie koni, zaplecze gastronomiczne i inne sprawy, udało nam się szybko ogarnąć. Martwiliśmy się tylko jednym – pogodą. Tydzień przed planowaną datą aura nie sprzyjała. Kolejne dni były zimne i mokre. Całe szczęście dzień przed imprezą przestało padać ale za to zrobiło się mroźno 😛
Sobotni hubertusowy poranek powitał nas słońcem i ujemną temperaturą. Ubrani na cebulę udaliśmy się do stajni by przygotować konie i dopiąć wszystko na ostatni guzik.
Gdy goście zjechali, mogliśmy rozpocząć imprezę. Krótka przemowa, strzemienny z domowej cytrynówki 😉 i na koń! Chwilę po południu wyruszyliśmy w teren by rozgrzać konie przed gonitwą. W galowym stroju z kitą na ramieniu dumnie prowadziłam cały zastęp koni. Trzeba przyznać robiliśmy wrażenie, co dało się usłyszeć w komentarzach napotkanych po drodze ludzi.  Gdy wjechaliśmy do lasu widok zaparł nam dech w piersiach.  Jesienne słońce przebijało się przez chmury i nadawało liściom złoty kolor. Prawdziwa Polska Złota Jesień, zimna ale piękna. Prawie dwugodzinna przejażdżka  rozgrzała nasze konie ale nas wręcz odwrotnie. Zimny wiatr, który dopadł nas po wyjeździe z lasu dał się we znaki naszym palcom u rąk i nóg.
c.jpgMimo chłodu w sercach czuliśmy żar, bo czekała nas pogoń. Wjechaliśmy na łąkę, mała runda wokół zgromadzonej publiczności i rura…. Gdy wyłoniłam się za krzaków jak wypędzony z nory lis, wszyscy mieli w oczach jeden cel – dopaść mnie! Niesamowite, a zarazem przerażające wrażenie słyszeć za plecami tętent, zdawałoby się rozwścieczonych koni, zbliżających się coraz bliżej i bliżej. Osaczyli mnie z każdej strony. Z lewej pędząca zwinna Azalia, z prawej potężny Zahir, reszta koni z tyłu. Małe sznase na zwroty i uniki, jedyne wyjście to łyda i do przodu. Wyścigowe predyspozycje Nocnej Gry dawały nadzieję na ucieczkę, jednakże ciągle czułam czyjś odech na plecach. Nagle, zza zakrętu zobaczyłam nadjeżdżającą z naprzeciwka Agnieszkę na Kadencji… Nie wiem kto miał w oczach większe przerażenie, ja czy ona widząc pędzącego w prost na nią lisa i resztę koni ;P
Wiedziałam, że to tylko zabawa ale obok pozytywnych emocji i uśmiechu na twarzy, czułam jakbym walczyła o przetrwanie. Uciekałam i uciekłam, i zdawało mi się, że trwa to wieczność… Nie odstępujący mnie Marta i Zahir dopięli swego. Jednym szybkim ruchem (tak, że nawet tego nie zauważyłam), kita zniknęła z mojego ramienia. Poczułam niezwykłą ulgę, że to już koniec, że możemy w końcu zwolnić i odpocząć. Adrenalina powoli zaczęła opadać ale zadowolenie i uśmiechy pozostały.
Na zakończenie oficjalnej części imprezy odbyła się dekoracja. Każdy uczestnik otrzymał pamiątkowe hubertusowe floo, a zwycięzca dodatkowo nagrodę. Po oporządzeniu koni, zaprosiliśmy gości na ognisko i biesiadę przy kominku. Mieliśmy okazję podzielić się swoimi wrażeniami. Z opowieści widzów, goniących i mojej jako lisa, można by napisać oddzielne trzy artykuły. Każdy zapamiętał tego hubertsa na swój sposób ale wszystkim się podobało i jednogłośnie uznaliśmy imprezę za udaną.

Pozostały wspomnienia, zdjęcia i filmik. Marysia dosiadająca Azalii miała kamerę na kasku i nagrywała przebieg gonitwy. Możecie sobie wyobrazić jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że pogoń i moja (zdawałoby się dłuuuga) walka o przetrwanie, trwała nieco ponad dwie minuty… ;P

A.S

Komentarze

Prześlij nam newsa