Wywiady

Wywiad z Grzegorzem Psiukiem

06.07.2015

Wywiad z Grzegorzem Psiukiem – Wicemistrzem Polski w skokach przez przeszkody

4.jpg1.    Jak wygląda Pana dzień pracy? Jaki jest najlepszy system treningowy?

Mój dzień pracy przeważnie wygląda tak, że więcej trenuję innych niż sam jeżdżę. Konie trenuję według planu. W poniedziałek jeżdżę w teren, we wtorek robię trening skokowy, środa jest dla koni dniem wolnym od pracy, w czwartek również jeżdżę w teren, w piątek robię lekkie treningi na drążkach. Jeśli nie ma zawodów, konie odpoczywają w weekend. Wszystkie konie, które trenuję chodzą w karuzeli półgodziny przed i po treningu. Staram się dużo jeździć w teren, szczególnie na młodych koniach. W Czarnej Hucie, u Państwa Wilskich mam idealne tereny do jazdy. W innym systemie chodzi Ares i Cadoro. Ares od 6 roku życia nie był użytkowany pod siodłem więcej niż dwa razy w tygodniu, w pozostałe dni chodzi w karuzeli. Jeżdżę na nim tylko w poniedziałki i czwartki. Uważam, że nie należy jeździć przesadnie dużo. Młode konie oczywiście trzeba trenować więcej, żeby się wszystkiego nauczyły.

2.    Czy jest czas na jazdę rekreacyjną lub inne hobby?

Na jazdę rekreacyjną brakuje czasu. Przyjemność sprawia mi jazda w teren. W terenie nie wymagam od konia. Jeżdżę na lekko rzuconej wodzy, aby móc się zrelaksować, pomyśleć o innych rzeczach. Moim hobby jest paralotniarstwo. Czasem zabieram ze sobą paralotnię na zawody, gdzie hipodrom jest poza miastem. Jest tak  na przykład w Olszy, Śremie czy Białym Borze. Miałem teraz dwuletnią przerwę, ponieważ zawisłem na drzewie w Białym Borze. Windsurfing oraz snowboard to także moje hobby. Staram się przynajmniej raz w roku wyjechać z rodziną w góry.

3.    Kto jest Pana mentorem w życiu jeździeckim?

Pierwsze starty rozpocząłem pod okiem Marka Orłosia, który trenował mnie przez osiem lat. Pod jego czujnym okiem doszedłem do poziomu Mistrzostw Polski i Grand Prix. Później bodźca dał mi Grzegorz Kubiak i to właśnie jemu najwięcej zawdzięczam. Moja kariera przeskoczyła na inne tory. Grzegorz pokazał mi inny system treningowy i inne podejście do koni. Nauczył więcej opanowania i spokoju. Jeździectwo stało się dla mnie dużo prostsze i nie sprawia mi problemów.

4.    Kto lub co pomogło przetrwać chwile zwątpienia, jeżeli takie były?

Był taki okres, że nie za bardzo wychodziło mi na trudniejszych koniach. Nie ważne jak dużo trenowałem, ile czasu im poświęcałem. Nie było widać postępu. Wtedy przyszedł moment załamania. Myślałem, żeby porzucić jeździectwo i zająć się czymś innym. Dopiero treningi z Grzegorzem Kubiakiem uświadomiły mi, że brak postępu to nie była wina koni, tylko moja, treningów i metod, jakie stosowałem. Teraz już nie mam chwil zwątpienia. Cieszy mnie to, co robię, zwłaszcza gdy widać efekty.

5.    Czy mógłby Pan opowiedzieć o Aresie? W zeszłym roku odniósł Pan na nim przecież wiele sukcesów.

Ares jest koniem, na którym można dużo osiągnąć. To koń bardzo ambitny. Wbrew pozorom, nie jest trudny, tylko chce iść do przodu. Nie raz ręce aż „trzeszczały”, tak napierał na przeszkody. W obejściu jest miły, grzeczny, nie ma w nim „ogierowatości”.  Zdarzało się, że nie jeździłem na nim przez miesiąc. Chodził wtedy na padoku i w karuzeli. Po takiej właśnie przerwie wziąłem go na zawody do Sopotu, gdzie wygral wszystkie trzy konkursy Dużej Rundy. Taki jest właśnie Ares.

6.    Odnośnie Aresa, jakie metody stosuje Pan na konie „do przodu”?

W większości przypadków konie uciekają, ponieważ nie są oparte na wędzidłach. Nie nauczyły się opierać na kiełźnie i galopować w równowadze. Nie jest tak ,że trzeba puścić i koń przestanie galopować, ale ciągniecie go za wodze także nie pomoże. Z końmi z takim problemem pracuję na dwóch lonżach. Sposób ten pokazał mi Grzegorz Kubiak. Biorę w trening trudne konie, które za mocno idą do przodu lub robią wyłamania przed przeszkodą. Najpierw pracuję z takimi końmi z ziemi, później dopiero na nie wsiadam. Bardzo dużo jeżdżę po cavaletti  w galopie, na dystansach skrócony i wydłużonych. Zdecydowanie więcej ćwiczę ujeżdżenie tzw. skokowe niż same skoki.
Młode konie uczy się żeby galopowały do przeszkody. Zostawia się im luźną, pustą rękę. Niestety to największy błąd. Od początku powinno uczyć się konia spokojnego najazdu, nie atakowania przeszkód. Ćwiczeniem na nie atakowanie przeszkód jest skakanie przeszkód ze stępa, które uczy również skakania z siły i rozluźnienia.

5.jpg7.    Skąd w Pana rodzinie wzięła się pasja jeździecka? Pana brat również jeździł sportowo i jest nadal trenerem.

Szczerze powiem, że w rodzinie to znikąd. Z wykształcenia jestem technikiem hodowlanym. Chodziłem do szkoły w Rusocinie. W drugiej klasie mieliśmy okazję skorzystać z darmowych jazd w stajni w Owczarni, w zamian za nadmiar marchewek, które szkoła posiadała w znajdującym się przy niej PGR-rze. Później odbył się nabór do sekcji jeździeckiej. Poszedłem i spodobało mi się. Co prawda marchewki szybko się skończyły, a mnie nie było stać na regularne jazdy.
Była jednak możliwość jazdy raz w tygodniu w zamian za pomoc w wyrzucaniu obornika.
Tak rozpoczęła się moja przygoda z końmi. Byłem na tyle odważny, że nie bałem się jeździć na trudnych koniach. Takim koniem była kobyłka Sroczka. Nikt nie chciał na niej jeździć, ponieważ była za dzika.
Brat zaraził się pasją do koni ode mnie. Na początku przychodził ze mną i tylko się przyglądał. W końcu zdecydował się wsiąść na konia. Niedługo potem przenieśliśmy się do Sopotu, gdzie zaczęliśmy pracować w zakładzie treningowym. Tam rozpoczęliśmy swoją przygodę ze sportem jeździeckim pod okiem Marka Orłosia.

8.    Część z Pana marzeń na pewno się już spełniła. Jakie kolejne cele do zdobycia przed panem?

Moim życiowym celem jest, aby dobrze wychować dzieci, zapewnić im byt i utrzymanie.
Oczywiście chciałbym nadal rozwijać się jeździecko.  Uczestniczę w szkoleniach i staram się cały czas rozwijać w branży jeździeckiej. Utrudnieniem jest brak koni z odpowiednimi predyspozycjami do sportu na wysokim poziomie. Jak to się w jeździectwie mówi „na gaśnicy się nie pojedzie”. Cele? Chciałbym wziąć udział w Olimpiadzie czy Mistrzostwach Świata i oczywiście wygrać. Jednak najważniejsza dla mnie jest rodzina.

9.    Czy darzy Pan jakiegoś konia większą sympatią niż inne? Ulubiony koń? Czy wierzy Pan w przyjaźń/ szczególną więź z tym zwierzęciem?

Tak, wierzę. Nie wierzę natomiast, że konia można wytresować jak psa, ale więzi są na pewno. Staram się lubić wszystkie konie. Uważam, że nie każdy koń ma predyspozycje do sportu. Podobnie jest z ludźmi, nie każdy ma szansę zostać mistrzem olimpijskim. Bez sensu jest zmuszać konia, aby skakał wyżej, jeśli nie ma do tego talentu. W swojej karierze miałem kilka koni, które bardzo lubiłem, takie jak Sobieski Ambrozjo, Sobieski Doberitz czy Charlie. Właśnie na Charlim startowałem w konkursach potęgi skoku, pokonując bezbłędnie wysokość 210 cm. Obecnie moim ulubionym koniem jest Ares, który jest najbardziej przewidywalny w
wynikach ze wszystkich koni, jakie do tej pory dosiadałem. Pierwszym moim ulubieńcem był siwy wałach Windt, dzięki któremu z poziomu klasy N, C doszedłem do poziomu Grand Prix.
Był to koń bardzo trudny, pobudliwy, ze zła techniką skoku, odgięty. Jednak ambicja, siła, lekkość skoku pozwoliła mu na startowanie w konkursach Grand Prix. Po pół roku wspólnych treningów wystartowaliśmy w Mistrzostwach Polski, które ukończyliśmy na szóstym miejscu.  Myślę, że trzeba wszystkie konie lubić. Praca staje się milsza, a efekty współpracy dużo lepsze.

10.    Czy zwraca pan uwagę na eksterier konia? Czy liczą się tylko jego predyspozycje skokowe, charakter i odwaga?

Znam konie, które były krzywe, pogięte, brzydkie, a wygrywały wysokie konkursy. Według mnie u koni najważniejsze są chęci i głowa. Oczywiście pracą z koniem można dużo poprawić. Jednak w wysokich konkursach, koń musi chcieć nam pomóc.
Konie takie, które trzeba zmuszać to najlepiej sprzedać do innych celów. Głowa jest bardzo ważna. W dzisiejszych czasach, żeby wygrywać konkursy nie można bać się robić skrótów, najechać z foule na okser czy szereg. Jeździec i koń muszą mieć do siebie pełne zaufanie.
Ares nigdy nie zrobił mocnej zrzutki, nie miał złych doświadczeń związanych ze skokami.
Na zawodach jest szybki, co też wykorzystuję, na przykład szybko zakręcając. Ważne dla mnie u koni są takie cechy jak: ambicja, odwaga, chęć skakania, chęć współpracy.

11.    Często na zawodach, przy koniach w Pana pobliżu widzimy córkę, czy to znak, że córka zaraziła się pasją do tych zwierząt?

Konno jeździ moja starsza, 8-letnia córka. Jeździć zaczęła mając 2 lata. Swoje pierwsze kroki jeździeckie stawiała w Galoopce u Kai Koczurowskiej, gdzie nadal jeździ. Raz w tygodniu trenuje ze mną w Owczarni.  Młodsza córka ma dopiero 1,5 roku, nie boi się koni wcale. Na razie siedziała kilka razy ze starszą córką na kucyku. Czy będą chciały jeździć zawodowo –  nie wiem. Oby nie! Nie jest to łatwy „kawałek chleba”.  Najlepszym rozwiązaniem byłoby, żeby miały dobrą pracę, a konie były dla nich jedynie hobby.

12.    Czy ma pan swoich podopiecznych – uczniów? Jakie jest pana motto dla młodych i bardziej doświadczonych jeźdźców? Przed czym chciałby pan ich ostrzec, do czego chciałby pan ich zachęcić?

Większość z nich ostrzegam, żeby nie chcieli żyć z jeździectwa. To jest pierwsze, co im mówię, aczkolwiek nie zawsze się to udaje. Motto, które chciałbym przekazać swoim uczniom to spokój i opanowanie w podejściu do koni. Nigdy nie należy podchodzić do konia i innych zwierząt będąc zdenerwowanym. Nie podchodzić do zwierząt z agresją. Nie oznacza to jednak, że konie należy tylko głaskać. Czasem trzeba konia ukarać, ale trzeba to zrobić „ z zimną-głową”. Ma to przynieść efekt pozytywny, a nie być ujściem negatywnych emocji.
Najważniejsza u jeźdźca jest spokojna głowa i pokora. Większość błędów jest po stronie ludzi. Konie nie mogą się poskarżyć, przez co ludzie często obwiniają je za błędy. W sporcie jeździeckim nie ma przypadkowości, wszystko jest kwestią treningu.  Aby naprawiać błędy trzeba wiedzieć, że to był nasz błąd. Nawet, jeśli koń nie jest wybitny, to i tak błędy są po stronie ludzi.

13.    Ulubione miejsce startów w Polsce?

Lubię startować w ośrodku u Państwa Szarych, gdzie jest bardzo miła atmosfera. Tak samo w mniejszych miejscowościach jak Kobylarnia czy Młyńska Struga, gdzie zarządza mój przyjaciel Bartek Włodarski. Najbardziej jednak odpowiadają mi starty za granicą. I to wszędzie. Najczęściej jeździłem do Włoch, ponieważ znam język włoski. W przyszłym roku planuję wybrać się do Arezzo. Na zachodzie wszyscy są życzliwi. Organizatorzy cieszą się, że ktoś przyjechał i startuje. Okazują, że człowiek jest mile widziany. W Polsce niestety często sędziowie lub organizatorzy robią niemiłą atmosferę. Jak sędziów szkolił Pan Krzysztof Niecko zawsze powtarzał, że najlepszy sędzia to ten, którego mało widać na zawodach. Na zachodzie możemy zaobserwować dużo większy profesjonalizm w każdej dziedzinie. Jakbym miał wybór, możliwości i pieniądze, żeby startować za granicą regularnie to myślę, że nikt by mnie nie zobaczył na polskich parkurach. Być może będę częściej pojawiał się na zagranicznych zawodach, o ile sponsorzy wyrażą chęci. Obecnie nie mam strategicznego sponsora, który chciałby promować swoje konie na świecie. Broń Boże, żebym narzekał. Mało, kto ma tak wspaniałego konia jak Ares. Bardzo jestem wdzięczny jego hodowcy i właścicielowi Panu Henrykowi Eronowi za możliwość startowania na nim.
W Polsce nadal brakuje sponsorów w jeździectwie, jeżdżą zazwyczaj dzieci właścicieli. Sponsorów, którzy oddają swoje konie w trening i jeszcze za to płacą jest bardzo mało. Rynek w Polsce jest mało sprzyjający rozwojowi jeździectwa.

14.    Długo pracował Pan na tytuł wicemistrza Polski. Jaki smak ma srebrny medal? Czy czuje Pan niedosyt, że medal nie był koloru złotego?

Nie! Niedosyt na pewno nie. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że Skrzyczyński jest nieosiągalny. Zakładałem, że będę trzeci.  Zjeżdżając nie wyobrażałem sobie, że Głoskowski pojedzie tak na Crossie jak pojechał. To była dla mnie abstrakcja. Fakt, że awansowałem na drugie miejsce był dla mnie wielką niespodzianką.  Jarosławowi Skrzyczyńskiemu należał się złoty medal, za to jak walczy w barwach Polski i za to, co zrobił dla polskiego jeździectwa.
Cieszyłem się z jego medalu tak samo jak ze swojego.  Długo pracowałem na medal. Wcześniej dwa razy byłem szósty w Mistrzostwach Polski. Bardzo blisko medalu byłem podczas Mistrzostw w Starogardzie Gdańskim.  Dosiadając gniadego ogiera o imieniu Cordial prowadziłem do finału, do ostatniego potrójnego szeregu. Wystarczyło, żebym go pokonał a miałbym medal. Niestety nie udało się.  Wysokość szeregu sięgała 155 cm, a odległości były bardzo dalekie. Tylko jedna para pokonała ten szereg bez punktów karnych, był to Andrzej Lemański i świeżo sprowadzony z Niemiec kasztanowaty ogier Faust Z.
Nigdy przedtem i nigdy potem nie było tak trudnego finału Mistrzostw Polski Seniorów. Jeśli umiałbym wtedy, to co umiem dziś to sądzę, że pokonałbym ten szereg bezbłędnie. Dojeżdżając do szeregu miałem 8 pkt karnych. Wygrał Jacek Zagor na Elfie z wynikiem 24 pkt karnych. Dużym zaskoczeniem był dla mnie Ares. Nie myślałem, że podoła takiemu wyzwaniu. Długo czekałem na niego, wydawało mi się, że to nie jest koń z tak dużą potęgą skoku. Chciałem, żeby okrzepł. Jak widać była to dobra strategia. 

15.    Ulubiony kolor?

Czerwony. Czerwonych koni nie ma, co prawda, ale maść konia jest mi obojętna. Może być różowy w zielone grochy.

16.    Jak lubi Pan wypoczywać?

Lubię wypoczywać z dala od koni. Wypoczywam z żoną i dziećmi w czasie wakacji czy wyjazdów na rowery.

W 2016 Portal zabookuj.eu powraca do organizacji zawodów, serdecznie Pana zapraszamy!

Dziękuję za rozmowę

Katarzyna Krynicka
Portal Jeździecko-Turystyczny Zabookuj.eu

 

Komentarze

Prześlij nam newsa